Powstanie w getcie warszawskim 1943 roku

Honorować należy rozróżniając tragedię od kolejnej – powstania warszawskiego 1944 roku

Marek Edelman (na zdjęciu) mówił o podjętej przez Żydów 19 kwietnia 1943 roku walce tak: „Nie marzyliśmy o polskich czy angielskich komandosach, którzy przychodzą nam z pomocą. Śniła nam się broń. Wiem, wiem, że to by nic nie zmieniło. Ale - jak mówi piosenka – „nie chodzi o to, aby dojść do celu, ale o to, żeby iść po słonecznej stronie”. Wygrać nie mogliśmy, ale chcieliśmy iść po słonecznej stronie. Są takie piękne słowa: godność, człowieczeństwo. Tego broniliśmy” („W czterdziestą rocznicę. Agonia, walka i śmierć warszawskiego getta. M. Edelman „Getto walczy…”).

Podejmowane w ograniczonym zakresie przez polskie podziemie (nieliczne oddziały Kedywu, Socjalistycznej Organizacji Bojowej i GL) próby pomocy osamotnionym bojownikom żydowskim zakończyły się niepowodzeniem. W trakcie walk w getcie ŻOB skierowała do Polaków apel, kolportowany po aryjskiej stronie, w którym pisano m.in.: „Polacy, Obywatele, Żołnierze Wolności. (…) Wśród dymu pożarów i kurzu krwi mordowanego getta Warszawy - my więźniowie getta, ślemy wam bratnie serdeczne pozdrowienia. Wiemy, że w serdecznym bólu i łzach współczucia, że z podziwem i trwogą o wynik tej walki przyglądacie się wojnie, jaką od wielu dni toczymy z okrutnym okupantem. Lecz wiedzcie, że każdy próg getta, jak dotychczas, tak i nadal będzie twierdzą, że możemy wszyscy zginąć w tej walce, lecz nie poddamy się, że dyszymy, jak i wy, żądzą odwetu i kary za wszystkie zbrodnie wspólnego wroga. Toczy się walka o naszą i waszą Wolność. O wasz i nasz ? ludzki, społeczny, narodowy - honor i godność. Pomścimy zbrodnie Oświęcimia, Treblinki, Bełżca, Majdanka! Niech żyje braterstwo broni i krwi walczącej Polski!”.

2 maja 1943 r. członek Rady Narodowej RP w Londynie Szmul Zygielbojm popełnił samobójstwo. W liście zaadresowanym do prezydenta Władysława Raczkiewicza i premiera Władysława Sikorskiego pisał: „Wśród murów getta odbywa się obecnie ostatni akt tragedii jakiej nie znała historia. Odpowiedzialność za zbrodnie wymordowania całej ludności żydowskiej w Polsce spada w pierwszym rzędzie na samych morderców, ale pośrednio obciąża ona także całą ludzkość, narody i rządy państw sojuszniczych, które do tej pory nie usiłowały przeprowadzić konkretnej akcji celem wstrzymania tej zbrodni. Przypatrując się biernie wymordowaniu milionów bezbronnych zamęczonych dzieci, kobiet i mężczyzn, stały się te kraje wspólnikami zbrodniarzy. (…) Nie mogę pozostać w spokoju. Nie mogę żyć, gdy resztki narodu żydowskiego w Polsce, którego jestem przedstawicielem, są likwidowane. (…) Śmiercią swoją pragnę wyrazić najsilniejszy protest przeciw bierności, z którą świat przygląda się i dopuszcza do zagłady ludu żydowskiego”.

W raporcie sporządzonym na temat likwidacji warszawskiego getta Jurgen Stroop pisał: „Stawiany przez bandytów opór mógł zostać złamany tylko przez energiczną i niezmordowaną, trwającą dzień i noc akcję bojową oddziałów szturmowych. Dnia 23 kwietnia 1943 r. Reichsführer SS za pośrednictwem wyższego dowódcy SS i policji „Wschód” w Krakowie wydał rozkaz przeszukania z największą bezwzględnością i nieubłaganą surowością getta warszawskiego. Dlatego też zdecydowałem się teraz na całkowite zniszczenie żydowskiej dzielnicy mieszkaniowej przez spalenie wszystkich bloków mieszkalnych, łącznie z blokami przy zakładach zbrojeniowych. (…) ostrzeżono ludność aryjską, że ten, kto świadomie udzieli schronienia Żydowi, a w szczególności poza żydowską dzielnicą mieszkaniową da pomieszczenie, wyżywienie lub ukryje Żyda, będzie ukarany śmiercią”.

Na podstawie JS/PAP

Posted in Historia Polski | Leave a comment

Jak nazywał się Mieszko I?

Od ośmiuset lat historycy bezskutecznie próbują ustalić prawdziwe imię pierwszego księcia Polski. Może uda się im wreszcie w tym roku

Na pozór tytułowe pytanie może się wydawać pozbawione wszelkiego sensu, bo przecież każde dziecko wie, jak się nazywał nasz pierwszy historyczny władca, który się ochrzcił w 966 r., dając początek polskiej państwowości.

Tymczasem, ?Mieszko?, imię, którym dzisiaj nazywamy piastowskiego księcia, po raz pierwszy zapisano dokładnie w takim brzmieniu dopiero w XIV wieku. Jest to forma zbliżona do Mesco Galla Anonima i autorów najstarszych polskich roczników. Ze średniowiecza znamy jednak jeszcze około dwudziestu rozmaitych wersji zapisanych przez autorów pochodzących z różnych kręgów językowych: germańskiego, słowiańskiego, arabskiego i hebrajskiego. Generalnie można stwierdzić, że wczesne źródła obce operowały wersjami trójsylabowymi (np. Miseco, Misaco ), podczas gdy w Polsce preferowano zapis dwusylabowy (Mesco). Ta wielość zapisów jednego tylko imienia jest zastanawiająca. Najwyraźniej ówcześni kronikarze nie mieli jednego oficjalnego wzorca i próbowali na różne sposoby oddać na piśmie to, co usłyszeli, lub też po swojemu poprawiali to, co przeczytali.

Już we wczesnym średniowieczu imię to było chyba niezrozumiałe dla współczesnych i próbowano je różnie tłumaczyć ówczesnym czytelnikom. Popularność zdobył wówczas pomysł Mistrza Wincentego zwanego Kadłubkiem, iż chodziło o „mieszkę”, czyli zmieszanie rodziców księcia, który rzekomo urodził się ślepy.

Najwięcej zwolenników ma dzisiaj również średniowieczna hipoteza, że mamy do czynienia ze zdrobnieniem imienia Mieczysław, Mścisław lub Miecisław – takim samym jak Przemko urobione od Przemysława. Pogląd ten jest dziś tolerowany tylko z braku lepszej hipotezy.

Sytuacja nie zmieniła się do teraz, gdyż językoznawcy nie potrafią ustalić ani oryginalnego brzmienia, ani pierwotnego znaczenia tego imienia, tak ważnego przecież dla wczesnej historii Polski. W literaturze funkcjonuje kilka koncepcji, ale żadna z nich nie jest przekonująca. Z bardziej oryginalnych można wspomnieć doszukiwanie się swoistego przezwiska, jakim byłoby zdrobnienie od niedźwiedzia (miś/misko). Próbowano odpowiedzi szukać w zdrobnieniu Miecha i podejrzewano, że Miszko lub Myszko to ślad po legendzie o myszach, które zjadły Popiela. Jeden z badaczy uznał nawet, że wczesne formy tego imienia (np. Mesico) mogą wskazywać na pochodzenie jego nosiciela z bałkańskiej Mezji.

Nie powinno dziwić, że nie wiemy, jak się naprawdę nazywał nasz pierwszy historyczny władca. Mieszko I sprawia bowiem o wiele więcej kłopotów historykom, którzy próbują wycisnąć z mizernej garstki przetrwałych do naszych czasów źródeł pisanych jak najwięcej wiarygodnych informacji. Początków jego władzy nie oświetla, niestety, żaden wiarygodny przekaz. Nie wiemy zatem, jakie było źródło jego sukcesów politycznych. Brak też podstawowych danych biograficznych – łącznie z datą i miejscem urodzenia. Historycy, wspierani przez językoznawców, do dzisiaj nie zdołali zaproponować zadowalającego wyjaśnienia znaczenia ani pochodzenia jego imienia, które nie ma słowiańskich równoważników nazewniczych. To popularne w dynastii piastowskiej, ale nieznane poza nią imię wciąż stwarza więc problemy interpretacyjne.

Czas już najwyższy, aby podjąć próbę wyjaśnienia tej kwestii kluczowej dla oświetlenia początków polskiej państwowości. Wyjścia z patowej sytuacji można poszukać w zorganizowaniu „zmasowanego ataku” – swoistego eksperymentu naukowego. Można to osiągnąć przez jednoczesne skonfrontowanie interpretacji przygotowanych specjalnie dla tego projektu przez najlepszych specjalistów od czasów wczesnopiastowskich. Takie ryzyko podjęło dziesięciu badaczy. Każdy z nich dostanie te same podstawowe informacje: listę form imienia Mieszko znanych ze źródeł spisanych do XIII wieku oraz zestawienie dotychczasowych hipotez.

Jeżeli taki pomysł zainteresuje Narodowe Centrum Nauki i zostanie wsparty stosownym grantem, to wyniki ich przemyśleń zostaną przedstawione podczas konferencji zaplanowanej w rocznicę śmierci Mieszka I (25 maja) w Muzeum Archeologicznym w Poznaniu. Taka konfrontacja różnych koncepcji pomoże wskazać interpretację najlepszą przy dzisiejszym stanie naszej wiedzy i współczesnych narzędziach badawczych. Jeżeli nie uda się osiągnąć zgodności poglądów, to publikacja przebiegu tego sporu pozwoli później wszystkim zainteresowanym początkami Polski wyrobić sobie własny pogląd.

Amatorom rozwiązywania zagadek historycznych proponuję podjęcie samodzielnej próby zmierzenia się z tym problemem. Do dyspozycji mają następujący zestaw form imienia Mieszka I, które wystąpiły na monetach i w różnych tekstach pochodzących z X-XIII wieku: Mesecho, Meseco, Mesco, Mesico, Mesko, Meszco, Mezcon, Misaca, Misacho, Miseco, Misego, Misicho, Misico, Mšk, m.sh.q.ah, Myescho, Myeschco, Myeschko, Myeszczo, a nawet całkowicie pokręcone MTLSEC wybite na monecie Mieszka II.

Okazja jest znakomita, bo akurat w tym roku przypada „okrągła” tysiąc dwudziesta rocznica śmierci Mieszka I, któremu poświęcono już ogrom tekstów naukowych. Tym bardziej rozczarowuje fakt, że prowadzone już od ośmiuset lat uparte próby ustalenia oryginalnego brzmienia i znaczenia imienia Mieszko nie przyniosły dotąd zadowalających wyników.

Może się jednak okazać, że mimo podjęcia naszego zbiorowego wysiłku interpretacyjnego jest to zadanie z kategorii tych, którym patronuje św. Juda Tadeusz apostoł – specjalista od spraw beznadziejnych. Wtedy będziemy musieli z pokorą przyjąć, że nasza wiedza o początkach Polski jest wciąż bardzo dziurawa i taka pewnie pozostanie.

 

Źródło: Gazeta.pl

Autor: Przemysław Urbańczyk jest profesorem na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego i w Polskiej Akademii Nauk

Posted in Historia Polski | Leave a comment

O tym, co zapomniane

Doborowe towarzystwo

W Ełku zawsze szkolono wspaniałych wioślarzy – mówi Małgorzata Hołówka (na zdjęciu) – miałam to szczęście, że trenowałam wioślarstwo w okresie, gdy w naszym mieście pływało wielu dobrych sportowców. Niestety nie zawsze się o nich pamięta. A szkoda. Pozwolę sobie zatem przypomnieć najważniejsze, moim zdaniem, postacie ełckiego wioślarstwa.

Do czołowych zawodników odnoszących sukcesy w latach siedemdziesiątych należał Marek Bielski. Pomimo słabych jak na wioślarza warunków fizycznych, dzięki uporowi i pracowitości należał do kadry narodowej wioślarzy i był czołowym zawodnikiem w Europie.

Do największych sukcesów ełckiego wioślarstwa zaliczyć należy oczywiście występy ełckich olimpijczyków. Pierwszymi byli Henryk Szczotko (wcześniej Wicemistrz Europy Juniorów) i Mirosław Szymanowski, uczestnicy Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku. Szymanowski zdobył tam srebrny medal. 

Następnie do grona ełckich olimpijczyków dołączyli Mariusz Daniszewski, uczestnik Igrzysk Olimpijskich w Atenach w 2004 roku oraz Sebastian Kosiorek – uczestnik Igrzysk Olimpijskich w Atenach w 2004 roku i w Pekinie w 2008 roku. Trenerką Mariusza Daniszewskiego była Jolanta Kopiczko (obecnie Boruszewska), z którą pływałam i osiągałam wiele sukcesów. Mariusz zdobył w sumie ponad 30 medali na Mistrzostwach Polski Seniorów, Młodzieżowców oraz Juniorów.

Przyjaźń

Wspomniałam przed chwilą Jolę Kopiczko, ale to jej siostra, Basia Kopiczko była osobą, której naprawdę wiele zawdzięczam. Razem pływałyśmy w dwójce i odnosiłyśmy wiele sukcesów. Pamiętam do dziś jak zdobyłyśmy złoty medal na X Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży. Kiedyś to było naprawdę coś! Byłyśmy zgrane nie tylko na wodzie, ale także świetnie dogadywałyśmy się w życiu codziennym. Pływała z nami także moja siostra Krysia oraz Małgosia Przygodzka.

Drużyna

Czwórka to moim zdaniem najpiękniejsza widowiskowo konkurencja, i bardzo trudna. Wymaga nie tylko dobrej kondycji i siły każdej z nas, ale zgrania - także naszych charakterów, odpowiednio dobrej atmosfery. Gdy walczy się na dystansie nie ma miejsca i czasu na dyskusje, rozmowy, gesty. Musiałyśmy działać i rozumieć się jak jeden organizm.

Walcząc w czwórce jesteśmy często bezimienni. W jedynkach idzie w świat nazwisko zwycięscy, w czwórce mówi się, że wygrała osada Mazura Ełk. Nasze nazwiska wymieniane niejako przy okazji, zwykle gdzieś ulatują… 

Nasza drużyna była dobrą i zgraną załogą. Małgosia Przygodzka była wspaniałą szlakową. Świetny strateg i taktyk. Nikt inny nie potrafił tak dobrze jak ona regulować tempo łodzi. Siostry Kopiczko „ciągnęły” łódź. To były bardzo silne dziewczyny. Moja siostra Krysia była dobrym duchem załogi – zawsze pogodna, zawsze uśmiechnięta, nawet w najtrudniejszych chwilach. Była naszym sternikiem. Gdyby nie ona pływały byśmy zygzakiem. A ja … ja byłam zawsze pierwsza na mecie … bo miałam zazwyczaj najbardziej wysunięte do przodu miejsce w łodzi.

Plebiscyt

Coroczny plebiscyt na pięciu najlepszych sportowców Suwalszczyzny organizowany był przez „Gazetę Współczesną” i Wojewódzką Federację Sportu. W latach w których zostałam wyróżniona, znalazłam się w naprawdę doborowym towarzystwie. Zarówno w 1984, jak i 1985 roku byłam jedyną kobietą, wiec przypadł mi zaszczyt losowania nagród dla tych, którzy głosowali.

W obu latach plebiscyt wygrał Jan Wiejak – wicemistrz Polski w kolarstwie przełajowym i wielokrotny reprezentant kraju. W roku 1984 wyprzedził pięściarzy Grzegorza Jabłońskiego, którego chyba ełckim kibicom i dziś nie trzeba przedstawiać, bo to przecież wicemistrz Europy Juniorów, wielokrotny Mistrz Polski w boksie oraz olimpijczyk z Seulu z 1988 roku. Kolejny był Wojtek Pawłowski – czołowy pięściarz tego okresu, brązowy medalista Mistrzostw Polski. Wśród nagrodzonej piątki w tamtym roku był też Cezary Zamana, kolarz reprezentujący wówczas ełcki PRIM. Jego ełckim kibicom też nie trzeba przedstawiać.

W roku 1985 drugi był Marek Zawistowski – Mistrz Polski Juniorów w kolarstwie przełajowym, po nim Wojciech Pawłowski, Dariusz Zgutczyński – najskuteczniejszy piłkarz Mazura Ełk, no i oczywiście  ja. W plebiscycie w roku 1985 głosowało na mnie 1.356 osób. To w erze bez sms-ów i e-maili, gdy głosowało się listownie, naprawdę imponujący wynik. Do dzisiaj jestem wdzięczna ełckim kibicom, że docenili moje osiągnięcia.

Trener

Tadeusz Zemel – to kawał historii ełckiego wioślarstwa. Nie byłoby moich sukcesów, gdyby nie on. W kilku słowach: bogate doświadczenie, autorytet i – co chyba najważniejsze – spokój oraz cierpliwość do nas. Nie jest łatwo wychować mistrzów w tej dyscyplinie sportu. Idealna dziewczyna to zawodniczka silna i szybka. Tyle, że te cechy często się wykluczają i tu potrzebne jest wyczucie trenera. Tadeusz Zemel tego wyczucia miał aż nadto. Ciekawe czy ktoś policzył ile medali na wszystkich możliwych imprezach zdobyli jego wychowankowie? Moim zdaniem jest ich tak dużo, że nie da się policzyć.

Sport dla wytrwałych ludzi

Wioślarstwo to dyscyplina dla wytrwałych. Poświęcanie wolnego czasu na wyczerpujące treningi sprawia, że pozostają tylko najzdolniejsi i najbardziej zdeterminowani. A do tego nie miałyśmy najlepszych warunków, więc naprawdę momentami było ciężko … ale nikt nigdy nie narzekał.

Wypływałyśmy bez względu na pogodę, gdy lał deszcz nie było taryfy ulgowej. Na wodę wychodziło się często jak tylko lód puścił. A jak jeszcze był na jeziorze pływało się na rzece, która nie zamarzała. Często dookoła leżał jeszcze śnieg i było bardzo zimno. Czasami zaczynałyśmy wcześnie rano, kończyłyśmy trening po zmroku. Poza tym wioślarstwo to nie tylko pływanie. Dużo biegałyśmy, ćwiczyłyśmy na sali, siłowni i … leczyłyśmy nieustające przeziębienia. Jak się jest ciągle na wodzie to wilgoć daje się mocno we znaki. Życie wioślarza nie jest usłane różami. Bolały stawy, korzonki, kręgosłup … ale w sumie to nic takiego.

Przez wiele lat za szatnię służyła skromna stara szopa. Był moment, że nie było tam ani okien, ani podłogi. W środku panowała często temperatura, która zniechęcała do uprawiania sportu. Nie było mowy, aby umyć się po treningu. Dopiero później wybudowano bazę z prawdziwego zdarzenia – obecny Międzyszkolny Ośrodek Sportowy. Ale ja z tych cudownych czasów za dużo nie skorzystałam. Zakończyłam karierę.

Koniec kariery

Niewiele mogę o tym powiedzieć. Po prostu postanowiłam zakończyć karierę, choć miałam dopiero 21 lat. Nie miałam żadnych planów sportowych. Bal sportowy, który odbył się w restauracji „Turystyczna” w Ełku był ukoronowaniem nie tylko plebiscytu na najlepszego sportowca, ale także mojej kariery. Pamiętam, że bal był świetny, tylko na parkiecie było ciaśniej niż w łodzi.

Początki

Ełcka sekcja wioślarska została założona w 1963 roku przy Klubie Wodnym LOK w Ełku obok obecnej Plaży Miejskiej. Jednym z jej pierwszych zawodników w latach 1966-1970 był pan Tadeusz Zemel, który przez blisko czterdzieści lat szkoli wioślarzy w Ełku. Założycielami sekcji wioślarskiej przy KW LOK w Ełku byli: Władysław Rogowski – ówczesny kierownik KW LOK, a także Kazimierz Żytowiecki, który w późniejszym okresie założył również sekcję wioślarską w Olecku i Gołdapi.

Pierwszymi instruktorami wioślarstwa w Ełku byli: Bogdan Mierzejewski, Janusz Filipowicz, Dionizy Nowak. Pierwszymi ełckimi wioślarzami w latach 1963-1966 byli: Jerzy Citko – szlakowy, Bogdan Filipowicz, Jerzy Sewastianow, Dionizy Nowak, Janusz Jurewicz – sternik, Wiesław Jurewicz, Bogdan Nowicki – jedynkarz, Kazimierz Matysek, Marian Matysek, Elżbieta Potapowicz, Elżbieta Mączyńska. W latach 1966-1970 do tego grona dołączyli: Stanisław Chodysz, Danuta Bielecka, Stefan Łowicki, Roman Brudnicki, Mirosław Obrycki, Marek Osika, Tadeusz Zemel.

Pierwsze trzy medale ełccy wioślarze zdobyli na Mistrzostwach Polski w 1972 r. Byli to: Krystyna Januszewska – brązowy medal; Henryk Szczotko – brązowy medal i srebrny medal w czwórce.

Robert Klimowicz

Posted in Historia Ełku | Leave a comment

Siegfried Lenz kończy 85 lat

Znany niemiecki pisarz Siegfried Lenz obchodzi dziś 85 urodziny. Autor „Muzeum ziemi ojczystej” i „Lekcji języka niemieckiego” urodził się w Ełku 17 marca 1926 r.


Z okazji szacownego jubileuszu prezydent Ełku Tomasz Andrukiewicz wysłał list do Siegfrieda Lenza, w którym życzył autorowi wielu lat w zdrowiu i pogodzie ducha, a także niewyczerpanego źródła pomysłów, spokoju w tworzeniu oraz wiernych i coraz to nowych czytelników. Pogratulował również dotychczasowych osiągnięć i podziękował za działalność literacką oraz wzbogacanie od tak wielu już lat literatury europejskiej o kolejne utwory.

Prezydent zapewnił, że Siegfried Lenz w Ełku już zawsze będzie „swój” jako autor, dzięki któremu możemy poznawać takie Mazury, jakie dzisiaj istnieją wyłącznie na kartach powieści. Lektura utworów Lenza, będąca prawdziwą podróżą w przeszłość, stanowi ważną część naszej zbiorowej pamięci. - My, ełczanie - mamy szczególne prawo do bycia dumnymi z Pańskich osiągnięć, jako Ci, których łączy z Panem nie tylko zamiłowanie do literatury, ale także wspólne korzenie - stwierdził w swym liście prezydent Ełku.

Siegfried Lenz (ur. 17 marca 1926 w Ełku) - niemiecki pisarz, autor wielu powieści, opowiadań, dramatów. Studiował literaturę, filozofię oraz anglistykę. Współpracował z licznymi wydawnictwami prasowymi, radiem, wykładał gościnnie na uniwersytecie. Laureat wielu nagród, odznaczeń i wyróżnień. Największy międzynarodowy sukces przyniosła mu zekranizowana później powieść „Lekcja języka niemieckiego” poruszająca moralne konflikty w faszystowskich Niemczech

Źródło: http://www.elk.pl

Posted in Historia Ełku | Leave a comment

Jan Malecki – Ełczanin

Wszystkie wcześniejsze krakowskie niepowodzenia spowodowały, że Sandecki opuścił miasto i wyjechał do Pułtuska, aby prowadzić drukarnię biskupa Andrzeja Krzyckiego. Swoją działalność w tym mieście rozpoczął wydaniem przepowiedni astrologicznych. Drukarnia pułtuska wydawała jednak dzieła przypadkowe i w języku łacińskim, co zraziło Jana na tyle, że zdecydował się porzucić tę pracę i wyjechał na zaproszenie księcia Albrechta Hohenzollerna do Prus. Zerwał wówczas z katolicyzmem i przeszedł na protestantyzm. Od księcia otrzymał stanowisko pastora ludności polskiej wyznania luterańskiego w Ełku. Szybko jednak zraził do siebie władcę Prus. Był ponoć ignorantem w sprawach religijnych, nie potrafił udzielić chrztu. Najprawdopodobniej opuścił wówczas Ełk i w latach 1539 - 1540 ponownie drukował w Pułtusku.

W 1544 roku powtórnie pojawił się w Ełku jako duszpasterz. Albrecht przypuszczalnie przekonał go do powrotu, nadając przywilej na dobra w Regielnicy. Było to pięć włók i dwadzieścia morgów. Majątek ten znajdował się w lesie przy Jeziorze Regielskim i rzeką Regielnicą, między Sordachami, Mrozami i Kałęczynami. Dobra zwano Małym Reglem. W owym czasie od właścicieli dóbr wymagano w czasie wojny wystawienia jednego konia pociągowego, ale Jan otrzymał dożywotnią wolniznę. Funkcje kościelne Malecki pełnił raczej z konieczności, przede wszystkim pragnąc wydawać. Dlatego też założył w Ełku drukarnię. Pomógł mu w tym niespodziewany spadek, który otrzymał jego syn Hieronim. W ten sposób udało mu się w Ełku to, do czego przez całe dotychczasowe życie dążył.

Na rozwój drukarstwa duży wpływ miało wprowadzenie reformacji. Luter uważał, że właśnie drukarstwo przyczyni się do rozszerzenia nauki religii we wszystkich językach świata. Dlatego też książę Albrecht skupił w swoim państwie wielu ludzi, którzy byli drukarzami, tłumaczami, korektorami. Nic więc dziwnego, że Maleckiemu szybko wyrosła w Prusach konkurencja w postaci energicznego Jana Seklucjana, kaznodziei polskiej gminy ewangelickiej w Królewcu. Szybko też doszło do konfliktu między drukarzami. Gdy Seklucjan wydał w 1545 roku Katechizm dla prostego ludu, Malecki natychmiast dokonał wnikliwej krytyki tego dzieła. Nabył egzemplarz katechizmu Seklucjana i czerwonym atramentem naniósł poprawki: uwagi ortograficzne, językowe i stylistyczne. Egzemplarz ten przesłał przez biskupa pomezańskiego Pawła Speratusa - Stanisławowi Ropogelanowi, mecenasowi Seklucjana, osobie bardzo wpływowej na dworze księcia Albrechta. W tym czasie pracował już nad tłumaczeniem na język polski swojej wersji katechizmu Lutra. W Prusach w owym czasie były już dwa tłumaczenia Małego Katechizmu, ale obydwa napisane były fatalną polszczyzną. Jan z Sącza ukończył pracę w 1544 roku, drukiem katechizm ukazał się w Królewcu dwa lata później pod tytułem: Catechismus to jest nauka krześcijańska od apostołów dla prostych ludzi we trzech cząstkach zamkniona i z drugiemi cząstkami ku tejże nauce krześcijańskiej przynależącemi z łacińskiego języka pilnie przełożona przez Jana Maleckiego. Seklucjan w odpowiedzi poddał natychmiast podobnej krytyce katechizm Maleckiego.

Obrotny Seklucjan umiejętną propagandą doprowadził do tego, że katechizm nie został rozkupiony, a Jan poniósł dotkliwe straty. 500 sztuk druku przekładu katechizmu Lutra Hieronim Malecki wywiózł w 1558 roku aż do Wielkopolski. Sprzedaż dała tylko piętnaście talarów dochodu. Większa część nakładu została z powodu nieopłacalności jego transportu do Prus po prostu rozdana.

Malecki i Seklucjan reprezentowali dwa zupełnie różne kierunki językowe na terenie Prus. Malecki opowiadał się za tradycją średniowieczną, używał języka archaicznego z naleciałościami czeskimi. Twierdził, iż tłumacze katechizmów i postyl luterskich utrzymują, iż polszczyzny nie starczy dla wyświęcenia terminów i osiągnięcia celów teologicznych, a więc należy się posługiwać formułami i terminami czeskimi. Seklucjan natomiast nawiązywał do mowy codziennej, ulegając jednak wpływom łaciny. Między Maleckim a Seklucjanem wywiązała się gorąca dyskusja na temat poprawności językowej wydawanych katechizmów. Każdy gorąco bronił swojego stanowiska. Małecki w jednej z odpowiedzi w tej dyskusji tak charakteryzował ówczesny (około roku 1551) stan języka polskiego:

Dlaczegóż ty sam używasz czechizmów, których ani nasz lud, ani nawet księża polscy nie rozumieją, jako to: ponieważ (na początku zdania), uprzejmie, zrzetelnie, frasunek, rachunek i t.d.? Zresztą jakimże cudem Polak może się obejść bez języka czeskiego? Przecie sam wiesz dobrze, że nikt nigdy nie zdoła przełożyć wiernie i dokładnie Ksiąg Świętych na język polski bez pomocy języka czeskiego i Ksiąg Świętych po czesku wydanych; toć język polski jest wielce zepsuty, do tego stopnia, że nikt dobrze i należycie władać nim nie może, kto nie zna języka czeskiego; mógłbym ci przytoczyć wiele wyrazów łacińskich, których ani jeden Polak nie przełoży wiernie i dokładnie na swój język, jeśli jest języka czeskiego nieświadom, jako to: pius, impius, beatus, benedictus, gloria, laus, laudamus, benedicamus, adoramus, glorificamus.

Wkrótce po wydaniu katechizmu niezrażony jeszcze Malecki rozpoczął tłumaczenie Nowego Testamentu. Pierwszy arkusz wydrukowany w Ełku, w założonej przez niego drukarni, został przesłany księciu do aprobaty. Zezwolenia na druk nie otrzymał. W 1556 roku został poproszony przez księcia Mikołaja Radziwiłła Czarnego o objęcie drukarni na Litwie. Nie wiadomo jednak, czy w ogóle tam wyjechał, ale wiadomo, że nie udało mu się założyć warsztatu u księcia Radziwiłła. Zaraz potem niefortunne wydanie druku Piotra z Goniądza, który zaprzeczał boskości Chrystusa, ściągnęło na niego gniew Hohenzollerna, który pod karą śmierci zakazał rozpowszechniania tego dzieła. Straty materialne po raz kolejny doprowadziły go do ruiny. Na druk dzieł Maleccy zaciągnęli z kasy parafialnej w Ełku dług 40 talarów. Ponieważ książę Albrecht nie wyraził zgody na jego umorzenie, 7 maja 1558 roku Maleccy sprzedali ełcką drukarnię za 300 guldenów drukarzowi Janowi Daubmannowi z Królewca.

Główną przyczynę niepowodzeń wydawniczych Jana Maleckiego stanowił styl jego prac. Był zwolennikiem konserwatyzmu językowego. Żywa polszczyzna druków królewieckich, wydawanych przez Seklucjana i Murzynowskiego, odwołująca się do języka potocznego, sprawiła, że ośrodek wydawniczy w Ełku wypadł z konkurencji. Trzeba jednak stwierdzić, że Jan z Sącza był jednym z pierwszych i nielicznych drukarzy Polaków. Był postacią bardzo ważną wśród orędowników języka polskiego. I choć w jego działalności nie zawsze mu się wiodło, to nie ulega wątpliwości, że jego praca drukarska i wydawnicza stanowi znaczący rozdział w historii drukarstwa polskiego i stawia go w gronie wybitnych przedstawicieli kultury renesansowej w Polsce. Jak pisze Władysław Chojnacki, wszystkie książki ukazujące się w Ełku wywoływały w obozie katolickim w Polsce duże poruszenie, prowokowały repliki, a przede wszystkim zmuszały katolików do opracowania i wydania po polsku Biblii, zbiorów kazań, śpiewników, katechizmów itp. Maleccy przyczynili się pośrednio i bezpośrednio do rozwoju w Polsce literatury w języku ojczystym. Badania naukowe wykazały, że w latach 1543 - 1552 w Królewcu i w Ełku ukazało się więcej książek polskich niż na całym obszarze Rzeczypospolitej. Był w tym niewątpliwie znaczący udział obu Maleckich.

Malecki zaprzestał drukowania i zajął się wyłącznie pracą duszpasterską. Podjął ostatnią próbę drukarską, chcąc wydać słownik polsko-łaciński, ale tym razem uprzedził go Jan Mączyński. Musiał zadowolić się więc jedynie adiustacją dzieła konkurenta.

Po utworzeniu w 1557 roku w Ełku dekanatu, w skład którego weszły parafie w starostwie ełckim, straduńskim i piskim oraz częściowo ryńskim, Malecki został mianowany superintendentem. Nałożono na niego obowiązek wizytacji szkół w tych starostwach, co pochłonęło go niemal całkowicie.

Ukazując postać Jana z Sącza, należy także dodać, iż jako jeden z nielicznych miał odwagę zwalczać zabobony. W Ełku przeciwstawiał się procesom czarownic. W 1561 roku udaremnił m.in. spalenie na stosie oskarżonej o czary Doroty Czymochowej, grożąc, że złoży swój urząd i opuści Ełk. W liście do księcia Albrechta napisał, że jeśli kobieta zostanie spalona, to:

Wtedy chętnie oddam swój urząd i pójdę gdzie indziej, gdzie moja działalność i moje kazania będą miały większy wpływ.

Takie zachowanie świadczyło o jego dużej cywilnej odwadze. W Prusach jeszcze dwieście lat później procesy przeciwko czarownicom kończące się wyrokiem śmierci nie należały do rzadkości. Załamany i schorowany Jan Malecki zmarł w Ełku po 28 maja 1567 roku.

Posted in Historia Ełku | Leave a comment

Od Zjazdu Gnieźnieńskiego do czasów sprowadzenia Zakonu Krzyżackiego

 

Jednym z warunków powstania niezależnego państwa polskiego w końcu X wieku była chrystianizacja ówczesnych pogańskich władców ziem dzisiejszej Polski. W 966 roku książę Polan Mieszko I przyjął chrzest z Czech i w ten sposób spełnił warunek tworzenia państwa Polan zamykając jednocześnie drogę władcom niemieckim do chrystianizacji i uzależnienia swoich ziem. Książę mógł rozpocząć budowę polskiego państwa zgodnie z prawem chrześcijańskiej cywilizacji europejskiej.

Na przełomie X i XI wieku jego syn książę Bolesław Chrobry zabrał się energicznej do budowy państwa polskiego i m.in. w tym celu posłał na Pomorze biskupa św. Wojciecha. Jego męczeńska śmierć z rąk pogan, była pretekstem zwołania w 1000 roku Zjazdu Gnieźnieńskiego, na który to przybył sam cesarz niemiecki Otton III. Widząc świetną organizację i siłę militarną na dworze Bolesława Chrobrego zdecydował się uwzględnić polskiego władcę w swoich planach budowy cesarstwa uniwersalistycznego i włożył na jego skronie swoją koronę, w ten sposób dając przyzwolenie na chrystianizację plemion pogańskich na wschód od Wisły oraz prawo do tworzenia państwa polskiego.

Chrobry realizując misję chrystianizacji posłał swego biskupa – Brunona z Kwerfurtu – do siedzib plemion pogańskich w Prusach i Jaćwieży. Podobnie jak św. Wojciech i ten kapłan w 1009 roku poniósł śmierć. Postać biskupa została uznana za osobę świętą, i dziś patronuje dla miasta Giżycka, gdzie być może zginął. Jego postać została także uznana za Męczennika Biskupa w Diecezji Ełckiej, a rok 2009 był ogłoszony Rokiem Świętego Brunona. Z tego tytułu odbyły się na terenie Ełckiej Diecezji liczne uroczystości kościelne związane z jego osobą.

Pogańskie plemiona Jaćwięgów w Prusach pomimo braku państwowości były dobrze zorganizowane. Między innymi na terenie dzisiajszego powiatu ełckiego znajdowały się grody warowne Jaćwięgów, m.in. w Skomacku Wielkim i w Skomętnie. Ich łupierzcze najazdy były dużym zagrożeniem, szczególnie dla Księstwa Mazowieckiego położonego najbliżej ich granic. Próby ich podporządkowania i chrystianizacji nie powiodły się. Dlatego też rządzący w tym czasie Mazowszem książę Konrad Mazowiecki postanowił sprowadzić z Węgier do pomocy w poskromieniu pogan rycerzy Zakonu Najświętszej Marii, popularnie nazywanych Krzyżakami. Polski książe miał nadzieję, że rycerze zakonni nawrócą Jaćwięgów na wiarę katolicką i pozwolą włączyć ich ziemie w granice księstwa mazowieckiego.

Pomysł księcia Konrada w ostatecznym rozrachunku, okazał się fatalny. Krzyżacy wycięli i rozpędzili plemiona Jaćwięgów, a następnie rozpoczęli tworzenie własnego, zakonnego państwa. Ponadto podstępnie u papieża wyjednali przyznanie Ziemi Chełmińskiej. W miejsce zlikwidowanych plemion jaćwieskich pozwolili osiedlać się polskiej ludności z Mazowsza, Podlasia, atakże z Rusi i Żmudzi. Ludność, która tu się osiedliła wykształciła swoistą kulturę opartą na  tradycjach i języku swoich potomków z rodzimych terenów. Krzyżakom nie przeszkadzała polskość ich poddanych – dla nich było ważne i wystarczało, to że płacili podatki i pracowali na potrzeby związane z budową zakonnego państwa.

Posted in Historia Polski | Leave a comment

Jan Malecki – drukarz w Krakowie

Jan Malecki urodził się około 1490 roku, najprawdopodobniej w Nowym Sączu lub miejscowości Malec koło Nowego Sącza. Po skończeniu szkoły elementarnej w rodzinnym mieście przypuszczalnie wstąpił na Akademię Krakowską (ta informacja nie znajduje nigdzie potwierdzenia). W każdym razie znalazł się w Krakowie, gdzie udało mu się dostać pracę w drukarni Unglera, początkowo pracował jako uczeń, potem czeladnik. Uczył się fachu u najlepszego z najlepszych. W historii kultury polskiej tego okresu nazwisko Unglerów, obok Wietorów, Hallerów i Szarffenbergów, należało do najwybitniejszych przedstawicieli drukarstwa. To oni, współpracując z intelektualną elitą Akademii Krakowskiej, wydawali coraz to doskonalsze dzieła literatury polskiej.

Praca w drukarni nie wystarczała na normalne życie, tym bardziej że Ungler płacił niewiele, o ile w ogóle płacił. Dlatego żyjąc na granicy nędzy, przyszły ełczanin musiał szukać innych źródeł dochodu. Zajął się pracami korektorskimi i redakcyjnymi. Był wszechstronnie wykształcony. Władał językiem łacińskim, czeskim, niemieckim i ruskim.

Pierwszym zredagowanym przez Sandeckiego dziełem było tłumaczenie Początku Ewangelii Św. Jana, wydane u Hallera na przełomie 1518 i 1519 roku. Następnym był wydany w 1522 roku Żywot Pana Jezu Krysta św. Bonawentury, dzieła słynnego w historii polskiego drukarstwa. Był to utwór, który w owych czasach zyskał rzesze czytelników.

Mniej więcej w tym czasie Sandecki uzyskał rozgłos, podając Unglera do sądu. Oskarżył go o niewypłacenie wynagrodzenia. Malecki proces wygrał, ale Ungler nie wypłacił mu należnych 3 złotych. Natomiast jako gwarancję zapłaty wydał mu czcionki. Sandecki natychmiast je sprzedał innemu słynnemu drukarzowi Wietorowi, co wywołało kolejne sprawy sądowe, a Maleckiemu przysporzyło opinię chciwca zachłannego na pieniądze. Zakończenie współpracy ze słynnym drukarzem z powodu wybuchających między nimi konfliktów miało miejsce już wcześniej. Wówczas to Jan z Sącza utrzymywał się z prowadzenia księgarni w Krakowie na ulicy Floriańskiej. Jedyną korzyść, jaką odniósł z całego zamieszania, stanowiła nowa praca. Znalazł zatrudnienie w drukarni Wietora.

W 1525 roku Malecki zawarł związek małżeński z mieszczką krakowską Dorotą Kunicką, córką sługi miejskiego przy tzw. większej wadze. Marzyło mu się wówczas otwarcie własnej drukarni. Dążył do realizacji celu. Uzyskał nawet przywilej na wyłączny druk i sprzedaż kalendarzy, przyznany mu przez biskupa Andrzeja Krzyckiego, co rokowało duże zyski w przyszłości. Wszystkie plany zniweczyła jednak zmowa księgarzy krakowskich. Ich działania doprowadziły Sandeckiego do rezygnacji z tych zamierzeń. Niepowodzenia dopełniła choroba żony oraz coraz bardziej pogłębiające się ubóstwo. Dowodzi tego wyrok krakowskiego sądu konsystorskiego z 1528 roku, zwalniający żonę Sandeckiego od represji karnych za niezwrócenie kramarce długu w wysokości 1 złotego i 14 groszy za koszulę. Tę sumę zobowiązał się Sandecki spłacić w dwóch ratach. Kilka dni po rozprawie jego małżonka zmarła, osierocając ich jedynego syna Hieronima. Ból i cierpienie po stracie żony Sandecki wyraził w wierszu pt. Napominanie ku cierpliwości.

Końcowy okres pobytu w Krakowie, choć niezbyt dla niego szczęśliwy, był okresem najbardziej owocnym w pracy. Wydał m.in. Fortuny i cnoty różności, Żywot Św. Aleksego, Żywot wtóry Św. Eustachiusza oraz Ewangeliarz. Jako współautor przyczynił się w 1529 roku do wydania największego bestselleru tego czasu, tj. Historii rozmaitych z rzymskich i z innych dziejów wybranych, który cieszył się niesłabnącym powodzeniem aż do wybuchu II wojny światowej.

Posted in Historia Ełku | Leave a comment

Czy Mazurzy byli Polakami, a Mazury były polskie?

Gdyby takie pytanie postawił w czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, moi rozmówcy i czytelnicy uznaliby moje wątpliwości za śmieszne i podejrzane. Wtedy zdecydowana większość tutejszego społeczeństwa była święcie przekonana, że Mazury były i są polskie. Na co dzień mieliśmy wiele tego dowodów. Żyli jeszcze wtedy prawdziwi Mazurzy, którzy nie przeczyli takiemu rozumowaniu. W szkołach w placówkach kulturalno-oświatowych odbywały się państwowe uroczystości, na których ciągle nawiązywano do polskości Mazur. Mieliśmy swoich zasłużonych Mazurów, Polaków imieniem, których nazywaliśmy ulice w Ełku, placówki kulturalno-oświatowe (Dom Kultury im. Michała Kajki). W naszej gospodarce było zatrudnionych wielu zacnych Mazurów, którzy nie tylko pracowali, ale także kierowali wieloma dziedzinami naszej gospodarki.

Przypomnę, że problemu z podobnym rozumieniem tych ziem, jako polskich,  nie mieli jeszcze, w pierwszej połowie XIX wieku Niemcy i ten region Prus Wschodnich nazwali Mazurami, a powiaty „polskimi”. Niemcy kierowali się odrębnością etniczną ludności mazurskiej, która te ziemie zamieszkiwała, a była to ludność, która od wieków posługiwała się archaicznym językiem polskim, która chciała swoje dzieci uczyć w szkołach po polsku i modlić się w kościołach protestanckich z koncjonałów pisanych po polsku. Nawet pastorzy niemieccy podejmując pracę na Mazurach musieli znać język polski. Takie potrzeby i zachowanie ludności mazurskiej było jeszcze częste w początkach XX wieku.

A jak jest dzisiaj, po 65 latach naszego istnienia na tych ziemiach? Mazurska ludność w wyjechała do Niemiec. Wśród jej resztek, która została, obudził się duch niemiecki i założyli Stowarzyszenie Mniejszości Niemieckiej „Mazury”. Jest ich niewielu około 200 osób, w tym niespełna 50 osób tych, którzy się urodzili w czasach niemieckich i czują się „Niemcami”, a nie Mazurami. Ci co wyjechali do Niemiec utworzyli w Niemczech Związki Wypędzonych i dziś wysuwają pod adresem Polski roszczenia o odszkodowania, a nawet żądają powrotu na Mazury. Polacy milczą, a milczenie jest rzekomo wyrazem zgody. Czyżby? Gorzej, bo są i tacy w Polsce co poddają wątpliwości nasze prawo do Ziem Odzyskanych i Mazur. Po prostu stawiają pytanie, czy był to powrót Polski na Mazury? Jeszcze gorzej, bo są i tacy w Ełku, co zacierają ślady tego powrotu. Takim przykładem jest chociażby znany dla wielu z nas obelisk w Parku „Solidarności”, który postawiono w 1965 roku jako pomnik z okazji „XX rocznicy powrotu Mazur do Ojczyzny”, a 2002 roku przerobiono go dla pomnik bezimiennych bohaterów „Poległych za wolną i niezawisłą Polskę”. Jeszcze ciekawiej było, kiedy to  zaproszony pracownik naukowy z Instytutu Zachodniego z Poznania na spotkanie z młodzieżą w I LO w Ełku, na dociekliwe ich pytanie, „Czy Mazury należały do Polski” odpowiedział wykrętnie, że jednak nie należały i Niemcy mają „święte” prawo do własności na Mazurach? Czyżby Polacy w Ełku mieliby siedzieć na walizkach?

Co do ciągłości historycznej naszego związku z Ziemiami Odzyskanymi i Mazurami można zrozumieć  niektóre osoby starszego pokolenia, którzy rzeczywiście przybyli tu nie z własnej woli, bo utracili na Kresach Wschodnich prawo powrotu do swego domu i dziś jeszcze z sentymentem marzą o powrocie na ziemie swych ojców czy dziadków. Im Mazury mogą być obce. Ale trzeba zrozumieć zdecydowaną większości tych przesiedleńców z starych terenów Polski i młodego pokolenia, które tu przyszło na świat i dla których te ziemie po wojnie stały się  jedynym ich domem. Odnoszę wrażenie, że Polacy w czasach wielkich swobód demokratycznych, po 1989 roku, zapomnieli o swoich rzeczywistych korzeniach na tych ziemiach i o dorobku jaki włożyli  ich dziadkowie i ojcowie żeby Ełk urósł z 15- tysięcznego powojennego miasteczka, położonego peryferyjnie na obrzeżach Prus Wschodnich, do 60 tysięcznej stolicy Mazur dzisiaj.

Tamta karta historii Mazur została zamknięta. Na ziemi nie ma nic wiecznego i „świętego” prawa własności. Zmieniają się granice, przychodzą inne narody i to jest ich ziemia  i ojczyzna. Ełk jest dzisiaj naszym polskim miastem. Uważam, że dla młodych ełczan jest ważne w jakim kraju żyją i jaki obowiązek z tego tytułu na nich spoczywa. Uważam, że dla nas wszystkich ełczan jest ważniejsza Ojczyzna, państwo, narodowa tożsamość, a godziwe warunki życia, które dzisiaj otrzymaliśmy mogą być tylko nagrodą tego. Pamiętajmy na tym świecie nie ma nic wiecznego. Zmieniają się granice, zmieniają się narody, bo takie są prawa ziemskie.

Wydaje mi się, że najwyższy czas przypomnieć ełczanom polską historię Mazur, bo jest  taka potrzeba, od kiedy znaleźliśmy się w Unii Europejskiej i otworzyły się młodym Polkom i Polakom granice na wszystkie strony świata.

W tym cyklu artykułów postaramy się w oparciu o bogatą zapomnianą  literaturę z dawnych lat i o najnowsze badania współczesne przybliżyć polskie korzenie historyczne tej ziemi i  ludzi, którzy przez  wieki tu żyli i  zachowali na Mazurach polską kulturę i historię. Mam także nadzieje, że ten problem zainteresuje nie tylko starsze pokolenie, które pamięta nie tak odległe lata w jakim to trudzie budowali na Mazurach naszą polską rzeczywistość, ale że także młode pokolenie zaciekawi się tym co zrobili, ich dziadkowie i ojcowie, i oni także dzisiaj mogą czuć się spadkobiercami Ełku - mazurskiej stolicy duchowej i gospodarczej.

Posted in Głos w dyskusji | Leave a comment

Zawisza Czarny

Żył w latach ok. 1370/75 - 1428. Herbu Sulima, dziedzic na Grabowie (sandomierskie), starosta kruszwicki i spiski, jeden z najsłynniejszych rycerzy europejskich. Uchodził za symbol męstwa, prawości i cnót. Przebywał na dworze króla Węgier Zygmunta Luksemburskiego i walczył pod jego sztandarami. Okrył się sławą w bitwie pod Grunwaldem.

Zarówno Jagiełło jak i Luksemburczyk wykorzystywali go do różnych misji dyplomatycznych. Był m.in. jednym z członków polskiej delegacji na sobór w Konstancji, gdzie protestował przeciwko uwięzieniu Jana Husa.

Wygrywał liczne potyczki turniejowe, m.in. w słynnym na całą Europę turnieju Perpignan, gdzie w 1415 roku pokonał najsławniejszego rycerza Zachodu Jana z Aragonii.

Rozgłos przyniosła mu wydana w 1424 roku w Krakowie uczta na cześć króla Jagiełły i jego żony Zofii Holsztyńskiej. Wśród zaproszonych gości byli m.in. Zygmunt Luksemburski z żoną Barbarą, król duński Eryk i książę bawarski Ludwik.

Zawisza zginął w bitwie pod Golubacem nad Dunajem, toczonej przez wojska węgierskie z Turkami, dowodząc strażą tylną podczas odwrotu. Okoliczności śmierci (nie opuścił pola walki i nie wsiadł do łodzi, którą mu posłał na ratunek król Zygmunt) nasuwały porównania z bohaterem eposu rycerskiego - Rolandem.

Z małżeństwa z Barbarą Lubstowską miał 4 synów: Marcina, Jana, Stanisława i Zawiszę. Marcin i Stanisław walczyli z Turkami pod Warną - młodszy zginął. Jan pojmany pod Chojnicami zmarł w krzyżackiej niewoli.

Posted in 600 - lecie bitwy pod Grunwaldem | Leave a comment

Czy Mazury były polskie?

Prusy Wschodnie

O Ziemio pruska, ojczysty zagonie-

Strojna w jeziora i lasy.

Malborskie, warmijskie, mazurskie dłonie

Dzierżą cię odwieczne czasy!

Ojcowie cię nasi potem swym zrosili,

I w krzyże kościoły ubrali.

Giełtrzwałdzkiej Pannie ofiarę nosili,

Pieśń polską przy pługu śpiewali.

A Ojce nasi to Piasta synowie,

To lud od sochy i pola,

Co w polskim zwyczaju i w polskim słowie,

Tak twardy, jak jego dola!

My zagon ojczysty orać będziem wraz,

Pługa i krzyża wojacy,

A krew co w braci łączy nas,

To znak: Jesteśmy Polacy!

Jest to fragment wiersza napisany przez  Franciszeka Jujkę z okazji odbywającego się w 1938 roku Kongresu Polaków w Berlinie. Wtedy Mazurzy, Warmiacy, Ślązacy, Kaszubi nie mieli wątpliwości, nawet w obliczu najstraszliwszej zagłady, jaką polskiemu narodowi szykował Hitler. Dzisiaj wielu Polaków, w dobie jednoczącej się Europy zaczyna wątpić, czy Prusy kiedykolwiek były polskie.

Posted in Głos w dyskusji | Leave a comment